RSS
poniedziałek, 22 października 2018
Kto jest prezydentem RP w świetle konstytucji kwietniowej?

Konstytucja to obecnie głośny temat. Konstytucja, ale jaka? Warto bowiem pamiętać, że nie jest wcale takie pewne, czy to ustawa zasadnicza z 1997 jest tą prawowitą. Często bowiem nie pamięta się o tym, że konstytucja kwietniowa z 1935 nigdy nie została uchylona, czy zniesiona. Komuniści prawem kaduka uznali ją za niebyłą i procedowali w oparciu o konstytucję marcową z 1921 roku, następnie uchylając ją przy okazji uchwalania własnej w 1952 i nie bacząc na to, że już była raz uchylona w 1935.

 

Jednak w oparciu o konstytucję kwietniową funkcjonowały emigracyjne władze RP aż do 1990 roku. Dzięki działaniom ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego, polskie władze krajowe są do pewnego stopnia ich kontynuatorami, mimo że nie opierają się na konstytucji kwietniowej. Jest jednak przynajmniej uzasadnionym pogląd, że konstytucja kwietniowa, jako nigdy nie uchylona, jest nadal obowiązująca. Jeżeli przyjmiemy ten pogląd za słuszny, może się okazać, że struktura legalnej władzy w Polsce wygląda zupełnie inaczej niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Najistotniejszym staje się pytanie: kto w świetle konstytucji kwietniowej jest prezydentem RP?

 

Pytanie to staje się szczególnie aktualne w sytuacji, gdy coraz większą popularność, przynajmniej w internecie, zdobywa Jan Zbigniew Potocki, tytułujący się Prezydentem II RP, a także hrabią. Warto ustalić, czy w świetle konstytucji kwietniowej to on ma prawo do tytułu prezydenckiego, czy też zupełnie kto inny. Kluczowy jest artykuł 24 tejże konstytucji:

(1) W razie wojny okres urzędowania Prezydenta Rzeczypospolitej przedłuża się do upływu trzech

miesięcy od zawarcia pokoju; Prezydent Rzeczypospolitej osobnym aktem, ogłoszonym w gazecie
rządowej, wyznaczy wówczas swego następcę na wypadek opróżnienia się urzędu przed zawarciem

pokoju.

  1. W razie objęcia przez następcę urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej, okres jego urzędowania trwa do upływu trzech miesięcy od zawarcia pokoju.

Widzimy więc, że praktykę mianowania przez prezydenta swojego następcy można by utrzymać do dnia dzisiejszego jedynie przy założeniu, że nadal trwa wojna z Niemcami zapoczątkowana w 1939 roku. To zaś wymagałoby uznania, że dwa traktaty z RFN z lat dziewięćdziesiątych XX wieku, graniczny i dobrosąsiedzki, nie zastępują traktatu pokojowego i nie kończą stanu wojny.

 

Przyjmijmy więc to założenie i spróbujmy ustalić linię sukcesji. Musimy się w tym celu cofnąć do września 1939. W tym momencie prezydentem RP był bezspornie Ignacy Mościcki. W tymże miesiącu, z powodu wybuchu wojny zaczął się on zastanawiać nad wyborem swojego zastępcy. Wyznaczał do tej roli najpierw Edwarda Rydza-Śmigłego, następnie Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, ostatecznie zaś Władysława Raczkiewicza, gdyż na poprzednich kandydatów nie zgodzili się alianci. Rozważani byli jeszcze August Hlond, August Zaleski i Ignacy Jan Paderewski. Prezydent Mościcki złożył swój urząd dopiero po wyznaczeniu Raczkiewicza, nie jest więc prawdą, jakoby Bolesław Wieniawa-Długoszowski był choć przez chwilę prezydentem RP. Urząd ten bowiem obejmuje się dopiero w momencie opróżnienia przez poprzednika, a nie w momencie nominacji, czy wyboru. Władysław Raczkiewicz był więc prezydentem od 30 września 1939 do swojej śmierci 6 czerwca 1947. Następcą swym pierwotnie wyznaczył Tomasza Arciszewskiego, ostatecznie zaś Augusta Zaleskiego. Ten ostatni pełnił urząd również do swej śmierci, czyli do 1972 roku. Część emigracji przestała go uznawać w roku 1954, po upływie konstytucyjnej kadencji i utworzyła tak zwaną Radę Trzech o kompetencjach prezydenckich. Przed śmiercią Zaleski wyznaczył następcę w osobie Stanisława Ostrowskiego, który został powszechnie uznany. Wkrótce jednak niejaki Janusz Nowina-Sokolnicki z rzekomym pismem Zaleskiego wyznaczającym a następcę właśnie jego. Pretensje Sokolnickiego nie zyskały uznania szerszych kół.

 

Po siedmioletniej kadencji Ostrowskiego, nastąpiła również siedmioletnia kadencja Edwarda Raczyńskiego. W 1986 prezydentem został Kazimierz Sabbat, który zmarł nagle 19 lipca, tego samego dnia, kiedy sejm kontraktowy obrał Wojciecha Jaruzelskiego prezydentem PRL. Po śmierci Sabbata prezydentem został Ryszard Kaczorowski, który pełnił urząd do 22 grudnia 1990 roku, kiedy to przekazał władzę demokratycznie wybranemu Lechowi Wałęsie. Trzeba też pamiętać, że wieczorem 19 lipca 1989 Ryszard Kaczorowski, zgodnie ze zwyczajem, wyznaczył następcę wypisując jego nazwisko na kartce, którą następnie zakleił w kopercie i umieścił w prezydenckim sejfie. Nie wiemy niestety, kto był tym następcą. Również Sokolnicki uznał w 1990 roku Wałęsę, a następnie zmienił zdanie i w 2009 roku, tuż przed śmiercią wyznaczył na następcę wspomnianego wyżej Potockiego.

 

Mamy więc sytuację klarowną do 1972, a później zaczynają się wątpliwości. Następcą Zaleskiego mógł być Ostrowski, ale mógł być też Sokolnicki. Następcą Kaczorowskiego mógł być Wałęsa, a mógł być N,N. z londyńskiej kartki. W końcu następcą Sokolnickiego mógł być Wałęsa, a mógł być Potocki. Prawdopodobieństwa szacuję na 80/20 (bo jakoś nie wierzę w nominację nikomu nieznanego Sokolnickiego), 50/50 i 50/50. Z tego można obliczyć następujące prawdopodobieństwa:

Lech Wałęsa : 0,8*0,5+0,2*0,5= 0,4+0,1=0,5 (50%)

N.N. z londyńskiej kartki lub jego ewentualny następca, jeśli ów już nie żyje, lub ustąpił z urzędu: 0,8*0,5=0,4 (40 %)

Jan Zbigniew Potocki: 0,2*0,5=0,1 (10%)

 

Jeśli więc obowiązuje nadal konstytucja kwietniowa i nadal trwa wojna z Niemcami, to prezydentem RP jest Lech Wałęsa. Prawdopodobieństwo to może być nawet wyższe od wyliczonego wyżej, bo i anonim z Londynu mógł go wszak wyznaczyć na następcę. Prawie na pewno natomiast nie jest nim Jan Zbigniew Potocki, który notabene nie jest tez żadnym hrabią, bo jak wykazały niezależne badania genealogiczne, pochodzi z chłopskiej, a nie szlacheckiej, czy tym bardziej arystokratycznej, rodziny Potockich.

 

 

11:48, svetomir
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2018
Prognoza wyborcza

Korzystając z ostatnich godzin przed ciszą wyborczą, chciałbym przedstawić moją prognozę wyborczą opartą o analizę ostatnich sondaży i doświadczenie kilku ostatnich elekcyj samorządowych. 

Sądzę, że wyniki będą mniej więcej takie:

Zjednoczona Prawica - 30%

Koalicja Obywatelska - 25%

Polskie Stronnictwo Ludowe - 15%

Resztę, może poza Śląską Partią Regionalną w Województwie Śląskim, szacuję jednocyfrowo, a więc bez znaczenia. W większości a może nawet we wszystkich sejmikach wygra ZP, ale nigdzie lub prawie nigdzie nie stworzy koalicji większościowej. Dzięki temu obydwie strony będą mogły się ogłosić zwycięzcami tych wyborów.

20:01, svetomir
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2018
Order dla nieboszczyków

 

Z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, JE Andrzej Duda, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Wielki Mistrz Orderu Orła Białego etc. postanowił odznaczyć pośmiertnie tymże orderem dwadzieścioro pięcioro wybitnych Polaków, a mianowicie matematyka Stefana Banacha, arcybiskupa Antoniego Baraniaka SDB, ewangelickiego biskupa Juliusza Burschego, polityków Ignacego Daszyńskiego i Romana Dmowskiego, prawosławnego księdza Szymona Fedorońkę, lekkoatletkę Halinę Konopacką, lekarza Hilarego Koprowskiego, pisarza Janusza Korczaka (Henryka Goldszmita), malarza Wojciecha Kossaka, pisarkę Zofię Kossak-Szczucką, prawnika, historyka i działacza społecznego Leona Kryczyńskiego (Mirzę Najmana), pisarza Kornela Makuszyńskiego, współtwórców polskiego harcerstwa Olgę Drahonowską-Małkowską i Andrzeja Małkowskiego, adwokata i działacza ruchu ludowego Stanisława Mierzwę, polityka Jędrzeja Moraczewskiego, filozofa i działacza politycznego Leona Petrażyckiego, polityka Macieja Rataja, pisarza Władysława Stanisława Reymonta, noblistkę Marię Skłodowską-Curie; generała Stanisława Sosabowskiego, zamordowanego przez NKWD w Katyniu naczelnego rabina Wojska Polskiego Barucha Steinberga, kompozytora Karola Szymanowskiego oraz pisarza Stefana Żeromskiego. Prezydent oświadczył, że w tym roku, dla uczczenia rocznicy postanowił wraz z kapitułą odstąpić od niepisanej zasady, że "ordery, przede wszystkim Order Orła Białego mogą być nadane pośmiertnie, ale tuż po śmierci danej, wybitnej osoby, natomiast nie są przyznawane wstecz". Lista odznaczonych podoba mi się i to bardzo, nie podoba mi się natomiast i to jeszcze bardziej pełzająca zmiana w podejściu do odznaczania orderami, w tym coraz liczniejsze szafowanie odznaczeniami pośmiertnymi.

 

Istotnie, przyjął się u nas zwyczaj nadawania Orderu Orła Białego ludziom nie tylko zasłużonym, ale równocześnie wiekowo zaawansowanym, a coraz częściej także nieżyjącym. Od czasu restytucji orderu w 1992 roku odznaczono nim stu dwudziestu czterech Polaków (w tym trzynaście kobiet) i sześdziesięciu siedmiu cudzoziemców (w tym jedenaście kobiet), głównie królów, królowe, prezydentów i premierów. Wśród owych stu obywateli polskich jest tylko siedemnastu, którzy w momencie otrzymania orderu mieli mniej niż siedemdziesiąt lat. Oprócz pięciu kolejnych prezydentów, którzy otrzymują go z urzędu, byli to: Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, ks. Józef Tischner, Leszek Balcerowicz, Zbigniew Religa, Jan Krzysztof Bielecki, Aleksander Hall, Adam Michnik, Hanna Suchocka, Irena Kirszenszein-Szewińska, Michał Lorens i Bronisław Wildstein. Trzydzieści trzy osoby spośród owych stu zostały odznaczone pośmiertnie. Niekiedy dotyczyło to nawet postaci dziewiętnastowiecznych. Obecnie żyjących polskich Dam i Kawalerów Orderu Orła Białego mamy jedynie trzydzieścioro dziewięcioro. Zupełnie inaczej wyglądała jednak sytuacja w czasach I Rzeczypospolitej. August II nadał order czterdziestu osobom, August III około trzystu trzydziestu, a Stanisław August około pięćset pięćdziesięciu. Wśród owych ponad dziewięciuset odznaczonych było jedynie około czterdziestu cudzoziemców, w tym tylko dwie kobiety (caryce Elżbieta i Katarzyna). Wszyscy odznaczeni Polacy byli mężczyznami. Zdecydowana większość z nich miała w momencie odznaczenia mniej niż pięćdziesiąt lat. Niektórzy zresztą byli o wiele młodsi. Dla przykładu, znany kompozytor Michał Kleofas Ogiński miał w momencie otrzymania orderu jedynie dwadzieścia cztery lata. Nie było dekoracyj pośmiertnych. Podobnie wyglądało to w czasach Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego do Powstania Listopadowego.

 

Mamy więc do czynienia ze spektakularną zmianą. Zmieniła się liczba odznaczonych. W XVIII przypadało stu polskich kawalerów na dekadę, obecnie liczba ta jest o połowę mniejsza. Zmienił się stosunek liczby cudzoziemców do ogółu odznaczonych. Przed rozbiorami było ich poniżej pięć procent, obecnie prawie czterdzieści. Najbardziej jednak drastyczna jest zmiana struktury wiekowej. Królowie odznaczali przedewszystkiem młodych i w średnim wieku będących mężczyzn, prezydenci III RP osoby sędziwe lub nieżyjące. Przy tak znaczących zmianach warto się zastanowić nad ich możliwymi przyczynami. Wydaje się, ze tkwią one przede wszystkim w zmianie funkcyj orderu. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że takiej zmiany nie ma. Tak wtedy jak i teraz chodzi przecież o uhonorowanie osób szczególnie dla kraju zasłużonych.

 

Jednak dawniej ordery miały jeszcze inną funkcję i to ona była pierwszoplanowa. Pierwsze powstały w czasach Wojny Stuletniej w krajach w niej uczestniczących. Były to Order Podwiązki w Anglii, Order Gwiazdy i Order Świętego Michała we Francji oraz Order Złotego Runa w Burgundii. Były one swego rodzaju świeckimi zakonami rycerskimi stworzonymi w dużej mierze na wzór zakonów religijnych takich jak Templariusze i Krzyżacy. Często zresztą można się spotkać w literaturze z określeniami Zakon Gwiazdy, Zakon Złotego Runa etc. Podstawową przyczyną ich powoływania była chęć monarchy związania ze sobą grupy możniejszych rycerzy swojego państwa. Taka też była przez wieki podstawowa funkcja orderów – związanie grupy wybitnej obywateli z monarchą i zapewnienie ich lojalności wobec niego. Dlatego niechętnie patrzono na przyjmowanie orderów obcych. W niektórych krajach było to absolutnie zakazane, w innych wymagało zgody własnego monarchy. Ten zwyczaj utrzymał się do dnia dzisiejszego, choć podstawowa funkcja orderów dawno się zmieniła. Jest to po prostu relikt dawnych czasów. Dla pełniejszej realizacji tego podstawowego celu istnienia orderów obudowano te specyficzne zakony skomplikowanymi ceremoniałami na wpół religijnymi – ślubami, kapitułami, insygniami, strojami, zjazdami członków. Analogia z kościelnymi zakonami rycerskimi stała się jeszcze pełniejsza, gdy kilka takowych, działających na Półwyspie Iberyjskim, po wypełnieniu swoich funkcyj właściwych, połączyło się uniami personalnymi z koronami hiszpańską i portugalską a następnie uległo przekształceniu w ordery świeckie. Wielkimi mistrzami świeckich bractw orderowych byli zasadniczo monarchowie. W kolejnych wiekach zgromadzenia takie powstawały w większości krajów europejskich.

 

W Polsce ustanowiono własny order wyjątkowo późno, gdyż idea powołania bractw orderowych była uważana za sprzeczną z zasadą równości szlacheckiej. Pierwsze próby powołania polskiego orderu podjął Władysław IV. Wkrótce po swej koronacji planował założenie Zakonu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Mieli być do niego przyjmowani obywatele Rzplitej rodu szlacheckiego a także cesarze, królowie, książęta i inni „sławni mężowie cudzoziemscy”. Liczba kawalerów miała być ograniczona do siedemdziesięciu dwóch. Król za pośrednictwem kanclerza Jerzego Ossolińskiego uzyskał dla nowego zakonu zatwierdzenie papieskie. Przygotowania do ogłoszenia aktu ogłoszenia orderu i przyjęcia pierwszych kawalerów szły pełną parą. Ustalono termin, wydrukowano statuty i zaproszono kandydatów. W ostatniej chwili projekt upadł wskutek opozycji nie tylko mas szlacheckich, ale także magnatów. Król został zmuszony do poniechania zamiarów. Powrócił do nich dopiero August II w 1705 roku, tym razem skutecznie. Sytuacja króla była wtedy fatalna. Był w zasadzie wygnany z kraju, opanowanego przez Szwedów i antykróla Stanisława Leszczyńskiego. Order Orła Białego był więc, podobnie jak dawniejsze ordery europejskie powołany w celu skłonienia jak największej grupy wpływowych Polaków do lojalności wobec Wettyna. Tę rolę pełnił, dla kolejnych królów, aż do rozbiorów. Nie dziwi więc to, że kawalerami zostawali mężczyźni młodzi i w sile wieku, mogący być dla króla realnym wsparciem tak politycznym, jak i zbrojnym. Starcy, a tym bardziej nieżyjący roli takiej spełniać nie mogli.

Dlatego coraz bardziej wyraźna tendencja do odznaczania osób nieżyjących lub stojących u kresu ziemskiej pielgrzymki musi martwić konserwatystę, jako stojąca w sprzeczności z monarchicznymi i zakonnymi korzeniami orderów. Obecna masowa dekoracja osób nieżyjących jest drastycznym zaprzeczeniem tradycji ustanowionej przez polskich królów, a nawiązującej do ogólnej normy cywilizacyjnej w chrześcijańskiej Europie.

 

07:19, svetomir
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 października 2018
Czy spoliczkowanie „Rudej z KODu” było aktem honorowym?

 

Pierwszego września bieżącego roku podczas obchodów Dnia Weterana na placu Piłsudskiego w Warszawie grupa przeciwników obecnej władzy skandowała hasło "konstytucja". W pewnym momencie do grupy tej podeszła urzędniczka dolnośląskiego wojewody Dominika Arendt-Wittchen i spoliczkowała Magdalenę Klim, jedną z uczestniczek protestu. Czynowi towarzyszyły słowa: „zamknij się, ty głupia babo”.

 

Spoliczkowanie demonstrantki nazywanej przez propisowskie media pogardliwie „rudą z KODu” oburzyło publicystów zbliżonych do kół opozycyjnych i podzieliło prawą stronę sceny publicystycznej. Szczególnie mocno za policzkującą urzędniczką wstawiły się Gazeta Polska Codziennie i znany podróżnik Wojciech Cejrowski. Tym dwóm wypowiedziom, jako szczególnie „krwistym” warto poświęcić parę słów.

 

Gapec (urobiłem ten skrót na wzór Ikaca z jednej, a Gapolu z drugiej strony) w swoim dodatku z 4 września napisał o krewkiej urzędniczce: „Zachowała się jak trzeba”. Nawiązano w ten sposób do ostatnich słów zamordowanej przez komunistów Inki. Zrównanie w ten sposób czynu chuligańskiego z oddaniem życia za ojczyznę uważam za haniebne.

 

Jeszcze ciekawsza jest wypowiedź Cejrowskiego: Starsze osoby przyszły, przejechały z zagranicy świętować, a jakaś ruda drze mordę, przeszkadza i doprowadza ich do łez, bo na ich imprezie nagle ktoś wprowadza zaburzenie, to taką panią (…) I teraz właśnie, kto ma ją za pludry wyciągnąć? W ramach wolności słowa ona może piłować gębę ile chce (...) Ktoś podchodzi i daje jej z liścia. Bardzo piękny gest. Honorowy. Zgodny z polską tradycją. Kobieta podeszła do kobiety. Mężczyzna gdyby się zaczął z nią szarpać – niegodne. (...) Piękna pani podeszła do brzydkiej pani - brzydkiej z charakteru, z zachowania - wrednej jędzy, która psuła komuś imprezę patriotyczną i dała jej honorowo z liścia. Trochę za słabo, bo tamta wyła dalej. Czy faktycznie spoliczkowanie jednej kobiety przez drugą może być uznane za czyn honorowy?

 

Istotnie, spoliczkowanie było w przeszłości elementem postępowania honorowego, ale wyłącznie wtedy, gdy jeden mężczyzna policzkował drugiego. Jak bowiem informuje Polski Kodeks Honorowy Władysława Boziewicza: Pojęciem osoby, zdolnej do żądania i dawania satysfakcji honorowej albo krótko: osobami honorowymi lub z angielskiego: gentlemanami nazywamy (z wykluczaniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia , inteligencji osobistej ,stanowiska społecznego lub urodzenia wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka.

U w a g a : Określenie powyższe usuwa zatem kobietę z pod mocy obowiązującej przepisów honorowych, dając temsamen wyraz swej średniowiecznej genezie i czyniąc zadość zasadzie francuskiej, określającej kobietę, jako "impropre au duel".

 

Co więcej, nie każde spoliczkowanie mężczyzny przez mężczyznę mogło być uznane za honorowe, a tylko takie, które prowadziło do satysfakcji honorowej, czyli w praktyce najczęściej do pojedynku, ale niekoniecznie do niego, bowiem rodzajów satysfakcji było więcej. Jak pisze wspomniany wyżej Boziewicz:

W postępowaniu honorowym znane są następujące rodzaje satysfakcji honorowej:

1. wyjaśnienie;

2. zaprzeczenie obrazy;

3. odwołanie obrazy;

4. usprawiedliwienie postępku, tworzącego zniewagę i oświadczenie honorowe;

5. przeproszenie;

6. pojedynek (vide osobny rozdział);

7. jednostronny protokół sekundantów.

Policzkowanie kobiety przez kobietę, nigdy więc nie jest czynem honorowym, zawsze zaś jest aktem chuligańskim, niegodnym człowieka cywilizowanego. Na przemoc słowną nie godzi się odpowiadać przemocą fizyczną. Po to jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, abyśmy umieli zgromić słownego agresora słowem mądrym a mocnym. Gdy w odpowiedzi na słowo policzkujemy, oprócz wąskiej grupy przypadków uświęconych tradycją, to się z klubu ludzi cywilizowanych wypisujemy.

06:52, svetomir
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 października 2018
Co oznacza kandydatura Antoniego Macierewicza na prezesa NIK?

Na początku września pojawiła się w mediach informacja o kandydowaniu Antoniego Macierewicza na urząd prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Podobno zgodę na objęcie przez niego tego stanowiska wyraził już prezes PiS Jarosław Kaczyński. Kandydatura ta jest z kilku powodów bardzo zaskakująca, dlatego warto się zastanowić nad przyczynami jej wystawienia.

 

Po pierwsze, Antoni Macierewicz nie jest prawnikiem, tylko historykiem. Większość prezesów NIK w odrodzonej Rzeczypospolitej było prawnikami. Byli nimi: Walerian Pańko, Lech Kaczyński, Janusz Wojciechowski i Krzysztof Kwiatkowski. Wykształcenia prawniczego nie mieli dwaj prezesi: Mirosław Sekuła (chemik) i Jacek Jezierski (zoolog), mieli oni natomiast doświadczenie pracy w podobnym charakterze. Mirosław Sekuła był przez dwa lata przewodniczącym sejmowej Komisji Finansów Publicznych, a Jacek Jezierski przez wiele lat pracował w NIK najpierw na stanowisku wicedyrektora Zespołu Ochrony Środowiska i Gospodarki Przestrzennej, a następnie wiceprezesa całej izby. Antoni Macierewicz nie ma w tym zakresie ani wykształcenia ani doświadczenia.

 

Po drugie, Antoni Macierewicz przez lata był związany z resortami mundurowymi – najpierw MSW, następnie MON, w obydwu będąc nawet ministrem. Zajmował się więc zupełnie innym zakresem działalności państwowej niż ten, który jest udziałem prezesa NIK. Dotąd nie było w izbie po przemianach ustrojowych prezesa z takim życiorysem. Byli natomiast tacy za czasów PRLu, np. osławiony Mieczysław Moczar (właśc. Nikołaj Demko vel Diomko), który w latach 1964-1968 był ministrem spraw wewnętrznych, a w latach 1971-1983 prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Obejmowanie stanowiska prezesa NIK przez byłego ministra spraw wewnętrznych budzi więc nieciekawe skojarzenia.

 

Po trzecie, charakter Antoniego Macierewicza nie wróży dobrze izbie pod jego kierownictwem. Jest to człowiek, który chętnie goni za sensacyjnymi pogłoskami opartymi na bardzo wątłych przesłankach, które często okazują się wierutnymi bredniami. Wystarczy wspomnieć fake news o sprzedaży przez Egipt Rosji dwóch mistrali za jednego dolara, w który minister Macierewicz skwapliwie uwierzył. Sfalsyfikowanie tej bzdury na podstawie ogólnie dostępnych źródeł zwykłym internautom, w tym wyżej podpisanemu zajmowało mniej niż pięć minut, choćby dlatego, że obydwa okręty brały właśnie udział w egipskich manewrach wojskowych, na których byli obecni francuscy obserwatorzy. A ile tego typu bredni przewijało się w „badaniach” przeprowadzanych pod kierunkiem Antoniego Macierewicza na temat katastrofy smoleńskiej, to nawet trudno policzyć. Jeśli taki człowiek stanie na czele NIK, będzie każdego tygodnia „wykrywał” kilka afer, z których nawet co dwudziesta nie zakończy się skazującym wyrokiem. Taki prezes będzie utrapieniem dla funkcjonującego wówczas rządu.

 

Pojawia się więc pytanie, dlaczego PiS, oficjalnie nastawiający się na drugą kadencję rządzenia, szykuje sobie taki bat na samego siebie? Nawet politycy PiSu nie wierzą w to, ze będzie on oszczędzał swoich. „On nas wszystkich powsadza”, mówi anonimowo jeden z nich. O co więc chodzi? Prawdopodobnie o to, ze kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości nie wierzy już w możliwość zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Testem będą tegoroczne wybory samorządowe, a tych prawdopodobnie PiS albo nie wygra wcale, albo wygra, ale tylko nominalnie, to znaczy osiągnie najlepszy wynik, ale rządzić będzie w najwyżej dwóch-trzech sejmikach wojewódzkich, bo nie będzie miał z kim utworzyć koalicji (sondaże nie są wiarygodne, bo zaniżają wynik PSLu). A po takim wyniku zacznie się zjazd w notowaniach, zwłaszcza, że po drodze są wybory europejskie, do których partia Kaczyńskiego szczęścia nie ma.

Macierewicz, którego ewentualna kadencja w NIK zaczęłaby się na jesieni 2019 roku, tuż przed wyborami parlamentarnymi ma więc być biczem na przyszły rząd PO, Nowoczesnej i PSLu. Będzie rządzących tak gorliwie obrzucał rozmaitym gnojem, że coś się na pewno przylepi. W ten sposób ma utorować Prawu i Sprawiedliwości drogę do triumfalnego powrotu w roku 2023.

21:30, svetomir
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 września 2018
Czy za jedenastym września może stać Rosja?

 

Zbliża się kolejna rocznica zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku i innych miastach USA. Mimo tego, że minęło już tak wiele czasu, zamachy te dotąd nie zostały ostatecznie wyjaśnione. Oficjalna teoria, że odpowiada za nie terrorystyczna organizacja Al Kaida kierowana podówczas przez Usamę ibn Ladina, choć dość prawdopodobna, budzi pewne wątpliwości i nie można jej uznać za udowodnioną. Pojawiają się różne teorie alternatywne, mniej lub bardziej uzasadnione. Najczęściej ich autorzy winą za zamachy obarczają rządy USA lub Izraela, bądź też różne tajne organizacje. Teorie te różnią się szczegółami technicznymi, głównie co do sposobu przeprowadzenia zamachów. Oczywiście również żadnej z nich, choć niektóre są dość dobrze udokumentowane, nie możemy uznać za udowodnioną.

 

Dziwi mnie jednak fakt, że mało kto bierze pod uwagę jeszcze inną możliwość. Oprócz ośrodków amerykańsko-izraelskiego i arabsko-islamskiego również inne siły mogły stać za tym wydarzeniem o globalnym znaczeniu. Przyjrzyjmy się jednej z nich a mianowicie Rosji (o Chinach bowiem nie mam wystarczającej wiedzy, by na ten temat dywagować). Czy Rosja mogła stać za wydarzeniami z dziewiątego września 2001? Musiałaby mieć do tego dwie rzeczy: możliwości i motywację. Możliwości miała niewątpliwie. Choć słabsza niż dzisiaj, Rosja z przełomu stuleci była wystarczająco silna, by przeprowadzić podobną akcję. Pozostaje więc tylko kwestia motywacji. Moim zdaniem Rosja taką motywację miała.

 

Chodziło z grubsza o Afganistan i Czeczenię. Trwała druga wojna czeczeńska. Rosja wygrywała tę wojnę, ale nie tak szybko i nie w takim stopniu, jak sobie życzyła. Czeczeńscy powstańcy byli pobici, ale nie rozbici. W sierpniu udało im się strącić rosyjski helikopter pełen żołnierzy. Na jesieni zapewne zeszłaby z gór kolejna duża czeczeńska ofensywa, jak to się regularnie zdarzało. Może nawet udałoby jej się odbić Grozny. Rosjanie nie mogli do tego dopuścić. W tej wojnie sympatia większości państw i społeczeństw świata lokowała się po stronie Czeczenów. Z całego świata płynęło do nich wsparcie finansowe, militarne i osobowe. Aby wygrać wojnę, Rosja musiała położyć kres tej sympatii i temu wsparciu. To był pierwszy cel.

 

Drugim celem było ukaranie rządzonego przez Talibów Afganistanu. Za co? Za Czeczenię właśnie.

Około rok wcześniej Rosja zapowiedziała, że w przypadku, gdy jakieś państwo uzna niepodległość Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, ona to państwo zniszczy. Po takiej groźbie tylko jedno państwo zdecydowało się uznać niepodległość Czeczenii. Był to Islamski Emirat Afganistanu. Rosyjskie podejście do polityki nie pozwalało na puszczenie płazem takiej zniewagi. Rosja chciała więc zniszczyć talibów. A najkorzystniej dla niej było to uczynić cudzymi rękami. Ręce Amerykanów bardzo się do tego nadawały. Można było łatwo przewidzieć, że po takim ogromnym zamachu Al Kaida chętnie się do niego przyzna, a Stanom Zjednoczonym na rękę będzie w to przyznanie się uwierzyć. A tak się składało, że Usama ibn Ladin ukrywał się akurat w Afganistanie. Dalszy ciąg wydarzeń też był łatwy do przewidzenia. Amerykanie zażądają wydania Saudyjczyka, na co talibowie nie mogą się zgodzić, bo gdyby złamali święte prawo gościnności, odwróciłby się od nich cały świat islamski. A więc wojna, której wynik również był łatwy do przewidzenia.

 

Po jedenastym września obydwa cele zostały zrealizowane . Amerykanie rozbili talibów, a świat, przerażony nagłym rozkwitem islamskiego terroryzmu odwrócił się od Czeczenii, mogącej wszak stać się rozsadnikiem tegoż terroryzmu. Obydwa cele zostały osiągnięte. Pisałem już wyżej, że Rosja miała możliwości dokonania takiego ataku. Upozorowanie go na robotę Al Kaidy też nie byłoby trudne. Wystarczyłoby wykorzystać do tego arabskich sojuszników Moskwy, takich jak Libia, Syria, czy niektóre organizacje palestyńskie, jak na przykład Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Co ciekawe, ta ostatnia organizacja przyznała się do zamachów jeszcze przed Al Kaidą, a następnie równie szybko się z tego przyznania wycofała. Co więcej, bardzo zastanawiający jest fakt, że wkrótce słuch o niej praktycznie zaginął. Organizacja została prawie doszczętnie rozbita przez Izrael i obecnie ma znaczenie marginalne, nieporównywalne z tym sprzed 2001 roku. Co ciekawe również atak krajów zachodu na Libię i Syrię w kontekście powyższej tezy znalazłby swoje uzasadnienie.

Stara rzymska maksyma mówi „is fecit, cui prodest”. Rosja na zamachach z 11 września niewątpliwie skorzystała. Nie tylko zrealizowała wspomniane dwa cele, ale wkrótce odzyskała pozycję supermocarstwa. Nie byłoby to możliwe bez zaangażowania USA w walkę z islamskim terroryzmem. Są więc dwie możliwości: albo Rosja stała za zamachami, albo sprawnie wykorzysta sytuację wywołana przez kogo innego. Obydwie są równie prawdopodobne i wydaje się niemożliwym ustalenie, która jest prawdziwa.

21:15, svetomir
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Śląska Partia Regionalna- nowe otwarcie, czy w kółko to samo?

10 maja bieżącego roku po wielomiesięcznych przepychankach została zarejestrowana Śląska Partia Regionalna, będąca wspólną inicjatywą działaczy Ruchu Autonomii Śląska i uchodzącego za bardziej umiarkowany Związku Górnośląskiego. Proces rejestracji trwał wiele miesięcy, władze państwowe torpedowały go, jak mogły, na przykład kwestionując pod błahymi pretekstami znaczną część podpisów pod wnioskiem rejestracyjnym. Nie uznawano między innymi podpisów, przy których w adresie widniała treść "Ruda Śl." zamiast "Ruda Śląska", czy "Siemianowice" zamiast "Siemianowice Śląskie".Trudno to interpretować inaczej, niż jako czystą złośliwość i utrudnianie życia obywatelom. Ciekaw jestem, czy tak samo są traktowane listy poparcia partyj ogólnopolskich, zwłaszcza zaś partii rządzącej przed jakimikolwiek wyborami. Warto zauważyć, że równolegle trwa proces rejestracyjny innej, radykalniejszej partii górnośląskiej pod nazwą „Ślonzoki Razem”. Zgłosiła się ona do rejestracji wcześniej niż ŚPR, a nadal zarejestrowana nie jest.

 

Śląska Partia Regionalna ma na Górnym Śląsku licznych zwolenników, ale też sporo przeciwników i to z obydwu stron. Jest oczywiste, że spory opór wobec tej partii jest ze strony radykalnych polskich patriotów: narodowców, pisowców i innych podobnych środowisk, ogólnie mówiąc zwolenników wizji unitarnego państwa polskiego. Do tej grupy oponentów należy też część działaczy Związku Górnośląskiego, bo nie wszyscy członkowie tej organizacji popierają jej zaangażowanie w budowę górnośląskiej partii politycznej. Śląska Partia Regionalna ma bowiem, podobnie jak Ruch Autonomii Śląski program jednoznacznie federalistyczny. Postuluje szeroką autonomię nie tylko Górnego Śląska, ale wszystkich polskich regionów. Kierując się zasadami realizmu politycznego pragnie to osiągnąć poprzez umacnianie uprawnień samorządowych obecnych województw. I to właśnie jest przyczyną krytyki ŚPR z drugiej strony. Niektóre środowiska autonomistów górnośląskich sprzeciwiają się umacnianiu samorządności Województwa Śląskiego w obecnych granicach, gdyż obejmuje ono wiele ziem nienależących do Górnego Śląska (np. Zagłębie Dąbrowskie, Ziemię częstochowską, powiat żywiecki, Białą i małopolską część powiatu bielskiego) a z drugiej strony nie obejmuje części ziem historycznie górnośląskich, należących obecnie do Województwa Opolskiego. Te środowiska za priorytet uważają zmianę granic województw. Umacnianie samorządności rezerwują dla przyszłego Województwa Górnośląskiego w historyczno-kulturowych górnośląskich granicach. Wydaje się, że droga przyjęta przez Śląską Partię Regionalną jest w dzisiejszych okolicznościach dużo bardziej realistyczna. Zmiana granic województw wymaga drastycznej decyzji, dla której nie ma obecnie właściwego klimatu politycznego, natomiast poszerzanie zakresu samorządności (bez używania słowa autonomia) obecnych województw jest procesem, który może być prowadzony małymi kroczkami, co uczyni go bardziej strawnym nawet dla oponentów.

 

Testem dla nowej partii będą wybory samorządowe, a zwłaszcza dwie spośród składających się na nie batalii: o śląski sejmik wojewódzki i o fotel prezydenta Katowic. Za sukces można będzie uznać wynik lepszy od uzyskanego przez RAŚ cztery lata temu. Wtedy wynik wyborów do sejmiku wyniósł 7,2%, a na prezydenta Katowic, gdzie kandydował Aleksander Uszok 6,6%. Każdy wynik wyższy będzie dobry, a dwucyfrowy bardzo dobry. Jest na taki szansa, zwłaszcza w katowickich wyborach prezydenckich. Tam konkurencja jest w tym roku wyjątkowo słaba. PiS nie wystawia własnego kandydata, popierając urzędującego prezydenta Marcina Krupę, a PO wystawia kandydata tak słabego i nierozpoznawalnego, że nie ma on żadnych szans. Widocznie obie partie uznały, że nie mogą się realnie mierzyć z Krupą, więc nie ma sensu kopać się z koniem. Z kolei Śląska Partia Regionalna wystawia znaną działaczkę lokalną Ilonę Kanclerz, co powinno dać drugą turę. Czy da, trudno powiedzieć. Ale szansa jest.

 

 

07:39, svetomir
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 czerwca 2018
Głupie gadki Gowina

 

Poseł i minister, a obecnie także wicepremier Jarosław Gowin, gdy był jeszcze działaczem Platformy Obywatelskiej jawił się na tle ogółu członków tej formacji jako człowiek w miarę rozsądny. Dość wspomnieć jego projekt deregulacji zawodów, który był niewątpliwie krokiem w dobrym kierunku, choć z pewnością krokiem stanowczo zbyt małym, aby dokonać stanowczych zmian w polskim życiu gospodarczym. Można się więc było spodziewać, że po związaniu się z PiSem w charakterze koalicjanta nasz bohater będzie błyszczeć na tle swoich etatystycznych sojuszników. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Poseł Gowin dorównał w dół, do pisowskiego poziomu.

 

Od czasu do czasu zdarza mu się nawet palnąć jakąś głupotę całkiem sporego kalibru. Ostatnio dwa jego szczególnie nierozsądne pomysły wzbudziły szeroką dyskusję w polskim światku politycznym. Pierwszy z nich nie jest nowy, bo wicepremier zgłosił go już w styczniu 2016 roku, a teraz jedynie „odgrzał” przy okazji osławionego projektu reformy polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Chodzi o ideę aby studia medyczne były płatne i kredytowane, a po ich ukończeniu trzeba by kredyt zwrócić, lub odpracować. Drugi zaś pomysł jest całkiem świeżutki i nie przypominam sobie, aby ktokolwiek znaczący w polskiej polityce wcześniej zgłaszał podobny. Chodzi o głosowanie rodzinne, czyli przyznanie dodatkowych głosów w wyborach rodzicom, by mogli zagłosować w imieniu niepełnoletnich dzieci. Warto przyjrzeć się obydwu szalonym pomysłom i zastanowić nad tym, czy w ogóle można jeszcze na przyszłość wiązać jakieś nadzieje z Jarosławem Gowinem.

 

Pomysł uczynienia studiów medycznych płatnymi i kredytowanymi ma zapobiec odpływaniu młodych lekarzy za granicę. W założeniu projektodawcy, mając do spłacenia kredyt, będą oni przynajmniej czas jakiś pracować w kraju. Jest jednak mocno wątpliwym, aby w ten sposób można było uzyskać zamierzony efekt na znaczącą skalę. Należy bowiem się spodziewać, że przyszli lekarze będą na różne sposoby unikać odpracowania tego kredytu, a nawet jego zaciągania. Ci, których na to stać lub mający zdolność zaciągnięcia kredytu komercyjnego, będą podejmować studia medyczne nie w Polsce, a za granicą np. na Słowacji, w Czechach, na Litwie, Łotwie czy Węgrzech. W niektórych z tych krajów studia medyczne mogą być nawet tańsze niż w Polsce. Większość z tych ludzi po studiach do Polski nie wróci, ale podejmie pracę za granicą, najczęściej w krajach zachodniej i północnej Europy. Inna grupa będzie studiować w Polsce, może nawet za ten ministerialny kredyt,ale bezpośrednio po studiach spłaci kredyty (np. z pomocą innego kredytu, już komercyjnego,który lekarzowi będzie łatwiej zaciągnąć niż studentowi) i też wyjedzie praktykować za granicę. Efekt zmian będzie więc żaden lub prawie żaden. Zapewne trzeba będzie tak czy inaczej ściągać do Polski lekarzy z zagranicy, głównie z Ukrainy i Białorusi. Warto już teraz myśleć, jak to zrobić, by było to z pożytkiem, a nie ze szkodą dla systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Może to właśnie młodzieży z tych krajów należy ułatwić studiowanie medycyny w Polsce.

 

O ile pomysł ze studiami jest próbą zastosowania niewłaściwego lekarstwa na rzeczywiście istniejącą chorobę, to pomysł głosowania rodzinnego jest nie tylko absurdalny, ale też zupełnie zbędny. Szkodliwość tego pomysłu jest wielopłaszczyznowa. To, że jest on niedemokratyczny, to pół biedy, demokratyczność wyborów nie jest wszak jakąś świętością. Jest niedemokratyczny, bo zaburza równość wyborów. Zaburza ją jednak w niewłaściwym kierunku. Wadą demokratycznych, równych wyborów jest to, że dwóch pijaczków spod sklepu przegłosuje jednego profesora. (często ten argument przytacza Janusz Korwin-Mikke) W systemie zaproponowanym przez wicepremiera Gowina jeden pijaczek pijaczek spod sklepu posiadający siedmioro dzieci przegłosuje siedmiu bezdzietnych profesorów. Nie twierdzę bynajmniej, że większość wielodzietnych to pijaczkowie, a większość profesorów jest bezdzietna. Może nawet jest i tak, że więcej jest bezdzietnych pijaczków niż profesorów. Chodzi raczej o to, że wielodzietność,w odróżnieniu od wykształcenia, jest cechą słabo korelującą z rozeznaniem polityce. Ja bym chętnie przyklasnął ograniczeniu równości wyborów preferującemu wykształcenie, czy status materialny (ale tylko wyrażający się płaceniem podatków). Nawet jednak w tym przypadku wolałbym raczej ograniczenie praw wyborczych do niektórych gremiów np. do senatu cenzusem wykształcenia, czy majątku, podobnie jak to przewidywała Konstytucja Kwietniowa aniżeli dawanie wykształconym, czy majętnym dodatkowych głosów. Kolejnym problemem jest niekonstytucyjność pomysłu głosowania rodzinnego. Zgodnie z aktualnie obowiązującą Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej "wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym". Wybory, które nie są równe, zgodne z tą konstytucją być nie mogą. Oczywiście, konstytucję można zmienić,ale tego PiS nie jest w stanie uczynić, większości konstytucyjnej nie posiadając. Głosowanie rodzinne nie ma więc szans na wprowadzenie w tej kadencji parlamentu.

 

Te pomysły dowodzą, że my, wolnorynkowi konserwatyści nie możemy już wiązać większych nadziei z Jarosławem Gowinem. Nie jest on bowiem wolnorynkowym konserwatystą, ale chorągiewką na wietrze,dla własnej kariery wysługującą się etatystom, gdy akurat tak wiatr zawieje.

 

 

07:14, svetomir
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 czerwca 2018
Komu zaszkodzi Robert Biedroń?

 

Prezydent Słupska Robert Biedroń co jakiś czas pojawia się w sondażach dotyczących przyszłych wyborów prezydenckich. Ostatnio dzieje się to coraz częściej, a w jednym z najnowszych badań znalazł się na trzecim miejscu z doskonałym wynikiem 19%, niewiele ustępując Andrzejowi Dudzie i Donaldowi Tuskowi. Jeśli więc trend się utrzyma może zagrozić obecności któregoś z tych dwu polityków w drugiej turze.

 

Wkrótce po tym sondażu sam zainteresowany zapowiedział powrót do krajowej polityki i założenie własnej partii politycznej. Nie zadeklarował co prawda kandydowania na prezydenta RP, ale to akurat jest całkowicie zrozumiałe. Jasna deklaracja zaszkodziła by mu w reelekcji w Słupsku, a bez niej o powrocie do krajowej polityki może on tylko marzyć. Krajowa polityka nie potrzebuje przegrywów, a przynajmniej świeżych przegrywów.

 

W tym więc kontekście warto rozważyć szanse Roberta Biedronia na odegranie znaczącej roli w polityce krajowej i zastanowić się nad charakterem tejże roli. Należy przy tem oprzeć się na analizie jego dotychczasowych dokonań. A jakie są te jego osiągnięcia? Najbardziej spektakularnymi są trzy koszmarne samozaorania. A jako że ludzka memoria bardzo często bywa fragilis, dobrze by było je sobie przypomnieć

 

Pierwsze miało miejsce w roku 2011, gdy został posłem z ramienia Ruchu Palikota. W wywiadzie dla RadiaZet Monika Olejnik postanowiła sprawdzić jego wiedzę o sejmie i zapytała, czy wie, co to jest Konwent Seniorów. Biedroń, podówczas doktorant politologii, wykazał się kompletną ignorancją. Jego zdaniem „Konwent Seniorów to jest zebranie najważniejszych, najstarszych posłów w parlamencie”. Tymczasem w rzeczywistości jest to grono składające się z marszałka i wicemarszałków sejmu oraz przewodniczących klubów poselskich i niekiedy niektórych kół. Wiedzą to nawet gimnazjaliści.

 

Drugie przydarzyło się w grudniu 2014 roku. Świeżo upieczony prezydent Słupska zapytany przez Monikę Olejnik „Czy spotka się z biskupem Słupska?”, odpowiedział „A dlaczego miałbym to robić? (…) Jeżeli poprosi o audiencję, to oczywiście, bardzo chętnie się spotkam, tak jak ze wszystkimi mieszkańcami”. Nieważne jednak, co odpowiedział. Ważne, że nie wytknął błędu w pytaniu. Prezydent miasta powinien mieć o tym mieście jakąś elementarną wiedzę i wiedzieć, że nie ma żadnego biskupa Słupska. W Kościele Rzymskokatolickim, bo ten zapewne polityk miał na myśli, Słupsk należy do diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, a więc biskupa sprawującego duchowej pieczy nad tym środkowopomorskim miastem trzeba szukać w niezbyt zaprzyjaźnionym Koszalinie.

 

Ostatnie jak dotąd, ale zarazem największe samozaoranie Roberta Biedronia to sprawa Triny Papisten. Był rok 2016. Nasz bohater postanowił przypodobać się radykalnym antyklerykałom i uczcić jakąś ofiarę okrutnego Kościoła katolickiego, na przykład czarownicę spaloną przez Świętą Inkwizycję (bo antyklerykałowie,zwłaszcza ci co bardziej niedouczeni są nomen omen święcie przekonani że czarownice paliła na stosie Święta Inkwizycja). Wybrał niejaką Trinę Papisten, straconą w Słupsku w 1701 roku i nazwał jej imieniem jedno z miejskich rond. Niby wszystko fajnie, ale tak naprawdę wszystko nie tak,jak się zdaje. Trina Papisten, naprawdę nazywała się Katarzyna Zimmermann, była katoliczką i Słowianką, została zabita dlatego,że robiła konkurencję w interesach niemieckim protestantom. Rzekome czary były tylko pretekstem. Wiele do myślenia daje nawet przydomek pod którym jest znana. Trina Papisten to w wolnym przekładzie”Kaśka Katolka”. Wszak papistami zwali pogardliwie protestanci katolików. Można więc powiedzieć, że Robert Biedroń niechcący uczcił męczennicę za wiarę katolicką. W sumie nic nie stoi na przeszkodzie, by Katarzyna Zimmermann vel Trina Papisten została jako męczennica beatyfikowana i kanonizowana.

 

Na tym tle można łatwo ocenić, jaką rolę może odegrać Robert Biedroń w polityce krajowej. Otóż może to być rola jedynie destrukcyjne. Przy tym poziomie ignorancji, jaki ten polityk prezentuje, rychło zepchnie on Ryszarda Petru z pozycji króla wpadek. Przynajmniej będzie się z czego pośmiać. Realnej, znaczącej i trwałej siły politycznej to on nie zbuduje. Z dwóch powodów. Jednym jest wykazany wyżej kompletny brak kompetencji, drugim zaś brak zaplecza politycznego. To już Janusz Palikot miał o wiele więcej jednego i drugiego, choć i on na krajowego polityka się nie nadawał i trwałego ugrupowania nie zbudował.

 

A co z wyborami prezydenckimi? Jakie szanse ma Robert Biedroń na zostanie Prezydentem RP? Zerowe. Jakie zaś ma szanse na wejście do drugiej tury wyborów? Całkiem spore. Jeśli jednak do niej wejdzie, przegra ją z kretesem zarówno z Andrzejem Dudą, czy Donaldem Tuskiem, jak też ewentualnymi innymi kandydatami PO lub PiS. Jeśli najpoważniejszymi kandydatami będą Duda, Tusk i Biedroń, to ten ostatni może podebrać sporo głosów Tuskowi, dostać się do drugiej tury i tam przegrać z Dudą. Jego kandydatura będzie więc korzystna dla PiSu, a niekorzystna dla opozycji. Zupełnie inaczej będzie, jeśli PiS zdecyduje się na wystawienie własnego kandydata przeciw Dudzie. Wtedy urzędujący prezydent i kandydat PiS będą sobie wzajemnie podbierać głosy, wskutek czego mogą obydwaj (lub obydwoje) odpaść w pierwszej turze. Wtedy do drugiej tury dostaną się Biedroń i Tusk, a w takim starciu prezydent Słupska jest bez szans. Bo w obecnej Polsce nawet heteroseksualny kawaler nie jest w stanie zdobyć prezydentury, a co dopiero homoseksualny.

Nie da się więc obecnie jednoznacznie ocenić, komu obecność Biedronia w ogólnokrajowej polityce pomoże, a komu zaszkodzi. Więcej będzie wiadomo po wyborach samorządowych, a jeszcze więcej po parlamentarnych.

07:14, svetomir
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2018
Pomnik katyński i hinduska impreza

Jak już temu dałem wyraz wczoraj na facebooku, uważam działania na rzecz usunięcia pomnika katyńskiego w Jersey City za wielkie świństwo i straszną podłość ze strony kryptokomunistycznego burmistrza tego miasta.

Nie podzielam jednak oburzenia części polskich środowisk prawicowych i pseudoprawicowych na hinduską imprezę zorganizowaną w tym miejscu. Nie przemawiają do mnie porównania pomnika do bramy obozu oświęcimskiego.Pomnik to nie brama obozu, ani inne miejsce czyjejś śmierci, czy pochówku. Gdyby nie wypadało robić imprez pod pomnikami, to w takim na przykład Krakowie nie można by ich robić nigdzie. 

20:12, svetomir
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lutego 2018
Opluwanie Polski

Czytam u swoich znajomych, że "Polskę będą opluwać przez cały rok... I ma to związek m.in. ze 100- leciem Niepodległości. Żebyśmy się aż tak bardzo nie cieszyli i nie byli tak dumni..." Otóż, nikt by Polski teraz jakoś specjalnie nie opluwał, gdyby obecna polska władza nie zachowywała się jak słoń w składzie porcelany. Najlepsze ustawy stają się najgorszymi, gdy są uchwalane zbyt pośpiesznie.

17:43, svetomir
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lutego 2018
Uwagi o zatrzymaniu Frasyniuka

 

W cywilizowanym państwie godzina szósta rano do zatrzymań, które nie są elementem pościgu za przestępcą jest bardzo nie OK. Nieuzasadnione użycie kajdanek i bezprawne skucie z tyłu jest bardzo nie OK. To znamiona państwa policyjnego. Zatrzymania przeciwników politycznych o szóstej rano i zakuwanie ich w kajdanki kojarzą się bardzo źle. A policjant, który na nagraniu twierdził, że musi kuć z tyłu, albo ma zerową znajomość prawa, albo łgał jak bura suka. W obydwu przypadkach powinien być dyscyplinarnie zwolniony z policji jeszcze wczoraj. W tym drugim przypadku powinien mieć jeszcze sprawę karną.

10:11, svetomir
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2017
Związki Tuska z aferą Amber Gold są OCZYWISTE!

Propisowskie media grzmią: "Związki Tuska z aferą Amber Gold są OCZYWISTE!". Są oczywiste, ale w zupełnie innym sensie, niż się powszechnie mówi. Rząd Tuska i służby rozwaliły Amber Gold i OLT Express, żeby uratować LOT. Gdyby nie sprytna interwencja służb, Amber Gold by nie upadł, ale sfinansowałby OLT Express i zarobiłby na tym, a ludzie nie straciliby swoich pieniędzy. Stojąc przed dylematem: interes państwa, czy interes obywateli, Tusk wybrał interes państwa.

07:31, svetomir
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2017
Transakcja

Transakcja zakupu kolekcji Fundacji Czartoryskich przez Skarb Państwa budzi we mnie raczej negatywne uczucia. Z kilku powodów. Argument, że wydano jedną siódmą rocznego budżetu Ministerstwa Kultury w sytuacji, w której notorycznie brakuje pieniędzy na ochronę zabytków, z których przerażająca część niszczeje i wkrótce będzie nie do uratowania, ma duże znaczenie, ale dla mnie nie jest w tej chwili kluczowy. Dużo ważniejsze są dwie inne kwestie. Po pierwsze, wraz z tą transakcją znika najważniejsza w Polsce prywatna instytucja zajmująca się kulturą. Państwo w dziedzinie opieki nad dziełami sztuki stanie się praktycznym monopolistą, a poszerzanie się listy dziedzin objętych państwowym monopolem jest wielce niekorzystne. Po drugie, ta transakcja praktycznie zrywa więź księcia Adama z Polską. Oznacza ostateczną rezygnację Czartoryskich ze starań o polski tron. A to znaczy, że szanse na restytucję tegoż tronu gwałtownie maleją. Dla monarchisty to smutna wiadomość.

10:36, svetomir
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 stycznia 2016
Szalony pomysł wicepremiera Gowina

Przysłowie "Kto z kim przestaje, takim się staje" niestety często okazuje się prawdziwe. Jarosław Gowin był rozsądnym politykiem, dopóki był w PO, ale w Zjednoczonej Prawicy niewiele mu z tego rozsądku pozostało. Jego najnowszy pomysł, aby studia medyczne były płatne i kredytowane, a po ich ukończeniu trzeba by kredyt zwrócić, lub odpracować, jest kompletnie szalony. Ma rzekomo chronić przed emigracją lekarzy, a przyniesie skutek odwrotny. Młodzi ludzie będą masowo podejmować studia medyczne za granicą, a po ich ukończeniu mało który do Polski wróci.

15:18, svetomir
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Wrogi gest

Minister Wasczykowski raczył wezwać na dywanik ambasadora Republiki Federalnej Niemiec z powodu rzekomo antypolskich wypowiedzi niemieckich polityków. To bardzo smutna wiadomość. Stosowanie z błahych powodów wobec zaprzyjaźnionego państwa tak ewidentnie wrogich gestów jest primo niedopuszczalne, a secundo głupie. Powody zaś są ewidentnie głupie, gdyż: primo, wypowiedzi nie były antypolskie, a jedynie antypisowskie (PiS to jeszcze nie Polska, choć chwilowo nią rządzi), secundo nie były one oficjalnym stanowiskiem niemieckiego rządu, a jedynie prywatnymi opiniami mało znaczących polityków.

09:04, svetomir
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2015
Pierwszy dobry pomysł nowego rządu

Dotąd nowy rząd głównie krytykowałem, to teraz pochwalę. MEN zadeklarowało chęć odejścia od przesadnego profilowania w liceach: „będzie odejście od profilowania po I klasie. Lekcje historii będą obowiązkowe dla wszystkich uczniów na każdym etapie edukacji i będzie obejmowała tak historię Polski, jak i historię powszechną” (za PAP). Jestem za. Trzeba uczyć wszystkiego po trochu. Liceum Ogólnokształcące ma być ogólnokształcące właśnie. W ostatnio występującym skrajnym sprofilowaniu takie nie było. Dlatego popieram projekt zmian mających na celu odrodzenie kształcenia ogólnego. Jest ono bardzo pożyteczne. Wiem po sobie. Ja zdawałem na maturze matematykę w maju, a pierwszego lipca biologie i chemię na wstępnym na Akademię Medyczną. Po skończonych studiach zrobiłem drugie - humanistyczne. Gdybym chodził na profil matematyczny w obecnej wersji, nie byłbym w stanie tego uczynić. Jestem więc stuprocentowo przekonany do konieczności utrzymania kształcenia ogólnokształcącego. Mam nadzieję, że to przejdzie i moje dzieci będą mogły chodzić do równie dobrego liceum jak ja. Czegoś się jednak czepię. Trzy godziny historii tygodniowo w całym cyklu nauczania, to jednak ciut za dużo. Lepiej wrócić do dwóch, a trzecią przeznaczyć na przykład na filozofię z logiką.

10:38, svetomir
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 grudnia 2015
Artykuły jak koszyki

Nowy rząd wyciąga skądś szalone pomysły jak magik króliki z kapelusza. Najnowszym idiotyzmem jest pomysł ozusowania wszystkich umów o dzieło. Jak można ozusować umowę, której przedmiot znacznie bliższy jest transakcji handlowej, aniżeli stosunkowi pracy? Ja nie widzę większej różnicy między sprzedawaniem napisanych przez siebie artykułów, a sprzedawaniem wyplecionych przez siebie koszyków.

22:15, svetomir
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2015
Kolejna niespełniona obietnica wyborcza

PiS przed wyborami obiecywało zniesienie podatku miedziowego. Teraz tworzy rząd, który właśnie zapowiedział, że podatek miedziowy zostaje. Pewnie go zniosą tuż przed oddaniem władzy. Taki mają zwyczaj. No, ale czego można się spodziewać po partii, która tylko dzięki kłamstwu wygrała wybory.

21:38, svetomir
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2015
O ekstradycji Romana Polańskiego słów kilka

Jego Ekscelencja Zbigniew Ziobro skrytykował decyzje prokuratury o rezygnacji  z apelacji w prawie ekstradycji Romana Polańskiego. A ja tę decyzję prokuratury pochwalam. Ekstradycja jest złym pomysłem z kilku powodów:

1. Przestępstwo się przedawniło. Jedno i drugie. Zarówno seks z nieletnia jak ucieczka.

2. Nie należy wydawać obywateli polskich innym krajom poza wyjątkowymi przypadkami, a ten wyjątkowy nie jest.

3. Amerykanie niechętnie wydają nam przestępców.

4. Pokrzywdzona nie chce ścigania Polańskiego.

5. Ucieczka była uzasadniona, bo Amerykanie prawie na pewno nie dotrzymaliby warunków umowy z Polańskim.

6. Możliwość swobodnego przebywania Polańskiego w Polsce jest wielka szansą dla polskiej kultury.

Oczywiście przestępczy czyn Polańskiego z całą stanowczością potępia,. Uważam jednak, że juz zań wystarczająco odpokutował.

11:01, svetomir
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2015
Bigos w Trybunale Konstytucyjnym

Zacząć trzeba od tego, że bigosu w TK nawarzyła Platforma Obywatelska. Wybór trzech sędziów na miejsce tych, którym kadencja wygasała na początku listopada był jak najbardziej uzasadniony, jednak wyboru kolejnych dwóch, na miejsca, które dopiero w grudniu miały się zwolnić nic nie usprawiedliwia i nic nie uzasadnia. W ten sposób Platforma zrobiła prezent PiSowi - dała mu doskonały pretekst do awantury. PiS wykorzystał prezent doskonale - robi awanturę na czternaście fajerek i rozmontowuje fundamenty państwa polskiego. To co robi z TK PiS jest stokroć gorsze od tego, co zrobiła Platforma, ale nie robiłby tego, gdyby nie bezmyślny wybór dwóch sędziów "grudniowych". W konsekwencji może być tak, że TK przestanie pełnić swoją role strażnika polskiej demokracji, a to grozi poważnymi konsekwencjami z narodzinami nowego totalitaryzm,u włącznie. PiS doprawia bigos, czyniąc go niestrawnym (sraczkę po nim będziemy mieć wszyscy), ale nawarzyła owego bigosu Platforma.

10:57, svetomir
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2015
Kaczyński jak Zandberg

Jak wielu innych oburzałem się na marksistowskie pomysły Partii Razem, szczególnie na propozycję 75% podatku dochodowego dla najbogatszych. Jestem człowiekiem konsekwentnym w swych poglądach, więc dokładnie tak samo oburza mnie pomysł PiSu, aby obłożyć podatkiem w wysokości 70% odprawy menadżerów spółek z udziałem skarbu państwa. Podstawowym efektem takich działań będzie to, że żaden topowy specjalista nie będzie chciał podjąć pracy w takich spółkach. W konsekwencji będą one gorzej funkcjonować, a wiele z nich upadnie. Jak widać, aby być marksistą, nie trzeba nosić Marksa na koszulce.

10:10, svetomir
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2015
Schetyna vs Siemoniak 0:1

s i s

W walce o władzę w Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna strzelił sobie samobója i przegrywa z Tomaszem Siemoniakiem. Zdaniem Schetyny Siemoniak w początkach istnienia PO zajmował się prowadzeniem Donaldowi Tuskowi korespondencji mailowej, podczas gdy w rzeczywistości był on wówczas wiceprezydentem Warszawy, co każdy może łatwo sprawdzić. I  tym sposobem były marszałek sejmu strzelił sobie w stopę. Kłamstwo ma krótkie nogi. 

12:39, svetomir
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 maja 2015
Ciemne strony Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

 

Zwolennicy Jednomandatowych Okręgów Wyborczych przedstawiają je zazwyczaj jako cudowne lekarstwo na wszystkie bolączki systemu politycznego. Ten świat jest jednak tak skonstruowany, że nie ma na nim żadnych cudownych lekarstw, które zwalczałyby wszystkie choroby. Co więcej, każde lekarstwo ma swoje działania uboczne. Jestem między innymi farmaceutą, więc wiem, co mówię. Tak też jest i z politycznym lekarstwem o nazwie JOW. Nie przeczę, że skutecznie zwalcza ono niektóre bolączki demokracji przedstawicielskiej, inne jednak umacnia, a jeszcze inne rodzi. Przedewszystkiem umacnia system dwupartyjny, a w skrajnym przypadku jednopartyjny. W systemie opartym o JOW pełnia władzy w kraju może łatwo przypaść jednej lub dwóm partiom o relatywnie małym poparciu.

 

Szczególnie duże zagrożenie JOWy niosą w sytuacji, gdy poparcie dla poszczególnych partyj rozkłada się równomiernie w całym kraju. Wtedy partia z poparciem relatywnie małym, ale chociażby minimalnie większym od pozostałych, może stuprocentowo zdominować parlament i dowolnie kształtować prawo wedle własnego widzimisię. Teoretycznie możemy sobie wyobrazić kraj, w którym jest dziewięćdziesiąt dziewięć partyj politycznych, z których dziewięćdziesiąt osiem ma poparcie jednoprocentowe, a jedna dwuprocentowe. W takiej sytuacji partia, którą popiera dwa procent wyborców, zgarnia sto procent miejsc w parlamencie. U nas zapewne sytuacja nie byłaby tak drastyczna, ale casus wyborów uzupełniających w Rybniku wskazuje, że w przypadku jednolitego rozkładu poparcia w całym kraju, do stuprocentowego zdominowania parlamentu wystarczyłoby trzydzieści procent głosów w wyborach. Gdyby rozkład poparcia w całym kraju był jednorodny, te trzydzieści procent dałoby sto procent miejsc w parlamencie. Jako, że jednorodny nie jest, wprowadzenie JOWów raczej nie wprowadzi w Polsce dyktatury monopartyjnej, należy się jednak obawiać, że wytworzy trwały system dwupartyjny, zabetonowany na pokolenia. W niektórych regionach kraju wszystko weźmie PO, w innych PiS, dostanie się do sejmu też kilku posłów niezależnych, w większości ludzi spoza polityki, takich „Stokłosów”, którym duża grupa ludzi w danym małym okręgu coś zawdzięcza. Jako że okręgi do sejmu będą mniejsze niż do senatu, łatwiej będzie takim ludziom wygrać wybory. Wszystkich tych zagrożeń można by uniknąć, gdyby wprowadzić wybory dwuturowe, ale większość zwolenników JOW odrzuca takie rozwiązanie.

 

Same JOWy to jeszcze pół biedy, ale zgodnie z zasadą opisaną przez Leszka Kołakowskiego w jednej z bajek z królestwa Lajlonii, zwolennicy cudownych metod często łączą dwie takowe, dla lepszego efektu. „Niebo malować i nosy ucinać”, pisał filozof, co w bajce maiło być drogą do długowieczności, a alegorycznie ma jak najbardziej sens polityczny. Samo pomalowanie nieba Jednomandatowymi Okręgami Wyborczymi może nie wystarczyć, więc zwolennicy tegoż chcą jeszcze wprowadzić ucinanie nosów, w postaci odpowiedzialności posłów przed wyborcami ze swojego okręgu i możliwości odwołania przez owych wyborców posła, który nie wywiązał się z obietnic wyborczych. Takie rozwiązanie sprawdza się dość dobrze w wyborach samorządowych wobec prezydentów miast, ale nie nadaje się do parlamentu.

 

Taki problem Polska już przerabiała pięć wieków temu. Jak pisał Paweł Jasienica w Polsce Jagiellonów: „Cała przyszłość polskiego sejmowania zależała od dokładnego określenia roli posła. Możliwe były dwa ujęcia: 1. wybrany w danej ziemi poseł otrzymuje zupełną swobodę decyzji, mandat czyni go jednym z przedstawicieli całej zbiorowości narodowej; 2. poseł reprezentuje tylko swoich wyborców, którzy dają mu instrukcję, jak ma głosować w sejmie. Pierwsza z tych zasad była zdrowa, wiodła do wykształcenia dobrego parlamentaryzmu, druga zgubna. Z niej właśnie zrodziło się liberum veto, oznaczające protest posła przeciwko uchwałom, na które nie godzili się j e g o wyborcy, chociażby nawet pragnęli ich wszyscy inni obywatele kraju. Instrukcja poselska o mocy absolutnie wiążącej oznaczała, że czynnikiem decydującym staje się nie sejm, lecz sejmik ziemski, interesy prowincjonalne, zaściankowe, biorą górę nad powszechnymi.”

Niewątpliwie polski system parlamentarny jest chory, ale JOWy z dodatkami tej choroby nie wyleczą, bo likwidując jedne dolegliwości, wywołają inne. Dużo lepsze efekty może przynieść zniesienie progów wyborczych i dofinansowania partyj z budżetu, aby wpuścić do polityki świeżą krew.

21:56, svetomir
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014
Posłaliśmy umyślnie z nimi najgłupszego oficera, aby go przekabacić nie mogli....

Girkin sie przyznał

19:47, svetomir
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8